facebook

O samotności podróżnika, porażkach i przełamywaniu słabości, muzyce kojącej nerwy i Lizbonie wpisującej się we wszystkie tęsknoty - rozmawiamy z Marcinem Kydryńskim, znanym podróżnikiem, dziennikarzem i fotografem.

Co ma dla Pana większe znaczenie w życiu – światło czy dźwięk?

Człowiek zadaje sobie czasem takie pytania, że  gdyby przydarzyło się coś bardzo złego, to który ze zmysłów mógłby wyłączyć z najmniejszym bólem – wzrok, słuch, smak? Ja, będąc osobą skrajnie zmysłową, miałbym z tym poważny problem, bo zapach, smak, obok światła i dźwięku, są dla mnie ogromnie ważne. Nawet dotyk jest szalenie istotny.

Ale światło i dźwięk stanowią o istocie Pana aktywności...
Często mówię, że – pewnie w zależności od nastroju – zakładam w życiu różne kapelusze. Raz jestem wyłącznie fotografem, człowiekiem, który chłonie urodę świata – wtedy największe znaczenie ma dla mnie obraz, światło. Ale kiedy wracam ze swoich podróży ściśle fotograficznych, bardzo tęsknię za dźwiękiem, muzyką. Pamiętam taki moment ze swojej pierwszej podróży, tej wielkiej, z Kairu do Kapsztadu, lat temu dokładnie dwadzieścia, kiedy jechaliśmy z Wadi Halfa w Sudanie do Sungoli, w górę Nilu, chyba najpotworniejszym środkiem lokomocji jakim kiedykolwiek podróżowałem – zbitym z paru desek i prętów autobusem. Było wściekle gorąco, jechaliśmy w nocy, w burzy piaskowej, kilkanaście godzin. Miałem wtedy tylko jedno marzenie – położyć się w swoim pokoju i włączyć Lucciano Pavarottiego. To była taka fizyczna tęsknota, żeby odciąć się od tej udręki ciała i znaleźć czyste ukojenie dla ducha. I tym ukojeniem był właśnie Lucciano.

Muzyka jest ucieczką?
Bardzo często tak. Ktoś, kto mnie zna, na przykład moi synowie, powie panu, że bardzo trudno jest im wyobrazić sobie mnie bez instrumentu. Ja nieustająco, cokolwiek bym robił, mam w ręku jakiś instrument i...

Wozi Pan ze sobą harmonijkę?
Nie, wyjazdy to co innego. Myślę o czasie spędzanym w domu. Najczęściej towarzyszy mi gitara. Ale to nie znaczy, że – mówiąc górnolotnie – bez przerwy tworzę jakąś muzykę. Raczej jest to lekarstwo na ukojenie nerwów, albo forma medytacji.

fot. Marcin Kydryński

Ucieczka przed światem?
Najwyraźniej tak. Potrafię godzinami siedzieć z jakąś dobrą akustyczną gitarą z mojej kolekcji, albo nawet elektryczną, ale bez prądu, i brzdąkać, analizować współbrzmienie danego akordu, tak się zagłębiać i w pewnym momencie niewiele do mnie dociera. A czasami zdarza się, że siedzimy z przyjaciółmi, rozmawiamy, a ja równolegle gram, w pełni świadomie uczestnicząc w rozmowie. To jest taka moja najważniejsza ucieczka, wentyl bezpieczeństwa chroniący przed skołataniem...
To pytanie o światło i dźwięk było próbą nawiązania do Pana ukochanej Lizbony, gdzie mieszankę tych fal o różnych długościach odbiera się bardzo intensywnie. Dlaczego, znając tak wiele miejsc pod wieloma szerokościami geograficznymi, wybrał Pan właśnie Lizbonę jako swój drugi dom?
Częstokroć pytają mnie, czy jest drugie miejsce na Ziemi, które mógłbym porównać do Lizbony. Nie znajduję takiego. Bo dla niektórych, powiedzmy z muzycznego punktu „słyszenia” to może być Paryż. Ale Paryż ma tego światła. Muzycznie owszem – piosenka francuska, frankofońskie dźwięki Afryki, Reunion, Karaiby, Gwadelupa. Ale to nie moja muzyka. Mój wybór to muzyka luzofońska, czyli Brazylia, Cabo Verde, Angola, Mozambik, no i muzyka samej Lizbony, czyli fado. To się splata z tą iście chopinowską melancholią w całość, która do mnie bardzo silnie przemawia. Stąd pierwsze moje skojarzenie z Lizboną to nie było samo miasto, lecz muzyka.

Ale przecież promuje Pan ją od lat w swoich programach radiowych...
Tak, znałem muzykę wcześniej, zanim dotarłem do miasta. Kiedy poznałem Marizę, najpopularniejszą obecnie śpiewaczkę fado, trochę mnie zawstydziła, pytając, jakie mam prawo tak autorytatywnie wypowiadać się na temat muzyki luzofońskiej, nigdy nie będąc w Lizbonie? I zaprosiła mnie, bym to jej ukochane, najpiękniejsze miasto na świecie odwiedził.
Co ciekawe, tak wiele osób wcześniej opowiadało mi o Lizbonie, tak wielkich używając słów, że jechałem przygotowany na rozczarowanie, bo zbudowałem sobie obraz niedościgły, któremu ciężko sprostać. Tymczasem Lizbona przeszła moje najśmielsze oczekiwania...

Czyli zdała egzamin?
Wpisała się we wszystkie moje tęsknoty. Jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy tam przyjadą, pokręcą się i stwierdzą, że wszystko się tu rozpada, troszkę podśmiarduje, w klubach smutno grają, a ci Afrykanie to znowu grają tylko do tańca, więc co to w ogóle ma być? Na pewno można tak postrzegać Lizbonę, będąc kompletnie inaczej niż ja skonstruowanym człowiekiem. Ale ona tak wspaniale żyje w symbiozie z moim usposobieniem, że dzisiaj nie wyobrażam sobie innego portu.

A dawne marzenie o domu w Afryce?
Faktycznie, przez lata miałem taki pomysł na siebie, żeby w jakimś punkcie życia mieć tam dom. Pewnie z różnych powodów już się to nie stanie, ale kiedy przyjechałem do Lizbony zdałem sobie sprawę, że jest ona takim preludium do Afryki. Poprzez tę ogromną ilość emigrantów, którzy tam cudownie się zasymilowali, właśnie przez światło, ciepło, dźwięki i zapachy. No i pewną fizyczną bliskość, bo w każdej chwili mogę wsiąść do samochodu i w ciągu jednego dnia być w przedsionku Maghrebu.

images/stare/Eden_12_2013/Kydrynski_wywiad/Harmonia-16.jpg

Afryka jest pańską życiową fascynacją. Czy stało się tak zgodnie z „prawem pierwszych połączeń” – to była Pana pierwsza wielka wyprawa w życiu i ta miłość pozostała? Mimo poznania później setek innych fascynujących miejsc?
Najwyraźniej... To była pierwsza wielka wyprawa, ale później nieustająco wracałem i ciągle wracam do Afryki. Za pięć znów tam wyruszam na kilka tygodni, a w lutym na jeszcze dłużej.

Czy można się głęboko zanurzyć, zrozumieć miejsce, muzykę i ludzi, nie znając ich języka?
Bardzo głęboko nie można. Weźmy fado. Wiem o czym są piosenki, poznałem wszystkie słowa-klucze, ale po portugalsku nie mówię, więc siłą rzeczy jestem takim trochę powierzchownym entuzjastą... Żałuję, bo to piękny język, ale nie mam przesadnych zdolności językowych i często mnie to ogranicza.
Dzisiaj takim językiem pierwszej potrzeby byłby pewnie francuski, bo najbliższe lata zamierzam spędzić w Afryce frankofońskiej. I bez dobrej znajomości języka te wędrówki będą bardzo kalekie. Ale co zrobić? Rzucę się po raz kolejny na głęboką wodę, w nadziei, że utrzymam się na powierzchni.

Podróże, muzyka, w tym komponowanie, wyzwania fotograficzne... Ciągle Pana gdzieś gna, penetruje Pan różne światy. To ucieczka, czy poszukiwanie?
Pewnie jedno i drugie... Na pewno ucieczka przed rutyną. A jednocześnie poszukiwanie nowych bodźców, doznań. Ta potrzeba trwa we mnie od lat i mimo przekraczania kolejnych granic wiekowych, nie słabnie.
Choć teraz spotkał mnie pan w takim momencie, który jest odwrotnością wszystkiego czym żyję. Dzisiaj najbardziej chciałbym osiąść na swojej farmie nad Liwcem, obłożyć się książkami, jeździć do pobliskiego Łochowa po kurczaka z grilla i nigdzie się nie ruszać. Mieć poczucie stałości i bezpieczeństwa. Zawsze mnie to dopada na kilka dni przed wyprawą, która jest logistycznie bardzo trudna i stanowi duże wyzwanie pod każdym względem.

Nie korci Pana w takim razie, by nie być już podróżnikiem, a stać się turystą? Jak dziecko cywilizacji Zachodu radzi sobie z tymi wszystkimi wyzwaniami, a w ostatnich latach też pewnie z poczuciem fizycznego zagrożenia?
Wszystko się zmienia, ja też i coraz częściej o tym myślę. Miałem w tym roku takie refleksje, jadąc do Somalii, która z definicji jest obecnie najniebezpieczniejszym miejscem na Ziemi. A potęguje to fakt, że aby się tam dostać trzeba lecieć małym samolotem funkcjonującym jak lokalny autobus – ciągłe starty i lądowania. Zaś w górze istny rollercoaster – powietrze jest tam upiornie gorące i tym samolocikiem miota na wszystkie strony. Ludzie krzyczą, wymiotują... A ja bardzo nie lubię latać, szczególnie po 11 września. I nagle pakuję się w takie miejsce... Więc jest to na pewno nieustająca walka ze sobą, próba przełamania swoich słabości. To codzienność tych wypraw.

Rozumiem, że dwadzieścia lat temu to było bardzo romantyczne: lekko awanturnicze poszukiwanie przygód. Ale na obecnym etapie życia, w poczuci odpowiedzialności za swój najbliższy świat, nie ma Pan ochoty odpuścić, żeby tak nie ryzykować?
Rozważam to za każdym razem. Ale moim zdaniem nie przekraczam pewnej granicy. Nie jeżdżę na wojny, nie prowokuję niebezpiecznych sytuacji. Otarłem się o kilka, ale to nie był świadomy wybór.
A z drugiej strony, mam taki zawód, który każe mi podróżować, także po Polsce. I niech mi pan wierzy, że powrót kilka dni temu w nocy, podczas deszczu, ze spotkania autorskiego bodaj z Sępólna Krajeńskiego, był równie niebezpieczny jak lot samolotem w Somalii. Tak to przynajmniej odczuwałem. To są takie moje ryzyka dnia codziennego, ale jak robię bilans, to ciągle wychodzi, że suma zysków jest znacznie większa, niż niedogodności i zagrożenia.

fot. Marcin Kydryński
Ale to oznacza, że ma Pan do swych wypraw podejście zawodowe. To nie jest kaprys, pasja, której oddaje się Pan w czasie wolnym od innych zajęć, lecz forma uprawiania zawodu.
Na pewno. Kilka dni temu podpisałem umowę z National Geographic na taką afrykańską trylogię, do której będę zbierał materiały przez najbliższe lata. Będzie to podsumowanie mojego ćwierćwiecza w Afryce.

A czy to nie jest tak, że jak się żyje w podróży, to żyje się znacznie szybciej? Nie próbuje Pan przeżyć dwóch, trzech żyć w jednym?
Mam rzeczywiście takie „życie wielokrotne”, ale bardziej dlatego, że raz jestem fotografem, raz piszę piosenki, albo pracuję w radiu, a potem gdzieś wyjeżdżam na dłużej. Sama podróż też daje złudzenie wydłużania czasu, takiej formy linearnej, a nie zapętlonej, jak w domowej, zrutynizowanej codzienności. Tydzień w podróży a tydzień w Warszawie, to zupełnie inne wymiary.

Jak Pan definiował swoje cele, zaczynając przygodę dwadzieścia lat temu, a jak postrzega Pan je dzisiaj?
Początek to na pewno była ciekawość świata, chęć wyrwania się z miejsca z którego przez dziesięciolecia nie było nic widać. Wtedy miałem poczucie, że chwyciłem Pana Boga za nogi. Druga perspektywa, to bez wątpienia także motyw lansu. Jak się ma dwadzieścia lat, to chęć poszukiwania przygód jest naturalna. Wyruszałem w najdziksze rejony świata, podczas gdy koledzy rozpoczynali swoją szarą, biurową karierę...
Śladowe echa tego lansu pozostały do dzisiaj. Jest mi miło, kiedy wracam w grudniu czy marcu do Polski, spotykam znajomych zanurzonych w pracę, której pewnie nie lubią i mogę opowiedzieć coś ciekawego. To trochę taka nieelegancka, może nawet małostkowa satysfakcja, że udało się tak ułożyć własne życie, ale w końcu jest to dość ludzkie uczucie...

Rzadko podróżuje Pan jak turysta, korzystając z pięciogwiazdkowych hoteli. Raczej ociera się Pan o realne życie i to w jego skrajnych, często brudnych formach. Wymaga to wielkiej empatii, wrażliwości. Czy taka wrażliwość, fizyczne dotykanie świata, nie boli?

Trochę boli, ale ja bronię się przed tak głęboką wrażliwością. Na dziesięciostopniowej skali miałbym pewnie sześć. To pozwala nie zwariować, bo gdybym był dziesiątką, to po odwiedzeniu tych wszystkich miejsc, które widziałem, wpadłbym w jakiś straszliwy kryzys, który zdarza się wielu reporterom. Ma pan rację, że trzeba być ciekawym świata, wrażliwym na ludzi, by móc się do nich zbliżyć, rozmawiać, próbować choć trochę zrozumieć. Ryszard Kapuściński zawsze mówił, że przede wszystkim trzeba lubić ludzi, umieć budzić zaufanie, żeby inni chcieli się przed nami otworzyć, żeby zaprosili nas do swojego świata.

Dlaczego jeździ Pan sam?
W ostatnich latach zdarzają mi się dwa rodzaje wypraw. Jedne to warsztaty fotograficzne, które prowadzę od paru lat dla firmy Nikon w Afryce. Tam wyruszamy w 10-12 osób. Druga to samotne wyjazdy. Uważam, że tylko w ten sposób jestem w stanie tak się skupić, żeby przywieźć dobre zdjęcia, przeżyć coś autentycznego. Praca fotografa to praca samotnika. Jeśli chce się wtopić w środowisko, które się fotografuje, trzeba być samemu. To także psychologiczna konieczność, żeby osiągnąć stosowny stan skupienia, a nie nieustająco rozpraszać się rozmową z kolegą.

Często mówi Pan o swoim wycofaniu, nietowarzyskości. Ulubionych samotnych spacerach po łąkach nad Liwcem. A przecież żeby zrobić zdjęcie człowiekowi z kilkunastu centymetrów, trzeba mieć bardzo rozwinięte umiejętności społeczne. Znów walczy Pan ze swoją naturą?

Pewnie trochę tak, choć ta „nietowarzyskość” dotyczy raczej potrzeby życia imprezowego, znania „wszystkich w mieście”. Ja rzeczywiście jestem samotnikiem, ale to nie oznacza odwracania się od ludzi.

„Sjestowa” muzyka, którą od ponad dwudziestu lat prezentuje Pan w radiu, na festiwalach i płytach jest rodzajem „SPA dla duszy”. Dla Pana te wibracje też mają terapeutyczny charakter?
Aż tak nie. Pewnie musiałbym się zajmować jakimś chilloutem, czy muzyką relaksacyjną new age. A to zupełnie nie jest mój świat. Moje wybory dokonują się w oparciu o dwie zasady: muzyka musi sprawiać mi przyjemność i, prócz jazzowej klasyki, musi mieszać kultury. Często bardzo od siebie odległe, ale przenikające się, co tworzy nową wartość. Mam nadzieję, że to jest wyróżnik „Sjesty”, znak rozpoznawczy tego programu. I z satysfakcją obserwuję, że podobnie myśli wielu słuchaczy, bo dołączają do nas kolejne roczniki sjestowiczów...

Jaka jest Pańska definicja dorastania? Ile w Panu wiecznego chłopca, a ile dojrzałego, odpowiedzialnego mężczyzny?
Zapewne trochę wbrew sobie, bo w każdym z nas jest coś z szukającego przygód chłopca, codziennie staję po tej drugiej stronie. Nie ma innego wyjścia, kiedy jest się ojcem dwóch dorastających synów, ma dom, a nawet dwa domy i rozmaite zobowiązania. Nie ma co z tego robić bohaterstwa, takie jest życie. Pamiętam, była w Trójce kiedyś akcja – wybieraliśmy trzy swoje cechy i miał powstać zbiór cech Polaków. Ja wybrałem odpowiedzialność jako cechę, która mnie najbardziej wyróżnia.

Marzy Pan o podróży życia z synami?
Bardzo bym chciał, nawet parokrotnie podejmowałem już próby, ale to była porażka. Oni byli nieszczęśliwi, bo za gorąco, za długo, nie ma prądu... Dla mnie to też nie było komfortowe. W tej chwili ciągle nie jest ten moment, ale może za parę lat, któryś z nich powie: Tato, pojedźmy tam razem!

W jednym z wywiadów użył Pan określenia „sztafeta pokoleń” – misja przekazywania pewnych wartości, zapoczątkowana przez pańskich rodziców. Dziś pałeczka wędruje do rąk waszych dzieci...
Ta sprawa, powiem krótko, mi nie wyszła. Pracuję nad tym, ale na razie mam bardzo słabą trójkę. Mówię o prostych rzeczach, które ja wyniosłem z domu i których nijak nie umiałem zaszczepić synom. Nie chodzi o wielkie wartości, że należy być w życiu tolerancyjnym, pomocnym innym itd. Chodzi o rzeczy banalne, codzienne, które sprawiają, że człowiek jest kulturalny, właściwie przygotowany do życia. Tu poległem. Mam świadomość, że z własnej winy, ale też trochę dlatego, że niewyobrażalnie różne są warunki w jakich myśmy się wychowywali i jakie panują dzisiaj. Takiej przepaści kulturowej, informacyjnej, emocjonalnej nie było chyba nigdy dotąd w dziejach. Ciężko jest przykładać tamte standardy i odtwarzać tamte metody, atmosferę naszych domów rodzinnych.

Więc to wyzwanie ciągle przed Panem?
Staram się być możliwie dobrym, ale ciągle nie mogę dorównać moim rodzicom, którzy pod tym względem byli idealni. Nie potrafię znaleźć takich elementów w przeszłości, które by mnie uwierały. Nawet to, co oni mogą uznać za porażkę, kiedy po trzech latach katorżniczej nauki muzyki odpuścili mi, okazało się słuszne, bo miłość wróciła i trwa. Bardzo chciałbym kiedyś móc tak oceniać swoje porażki wobec chłopców...

Dziękuję bardzo za spotkanie. Proszę przyjąć życzenia szczęśliwego powrotu na Święta do domu...
Dziękuję i mam nadzieję do zobaczenia wkrótce. 

Marcin Kydryński
(ur. 1968) – dziennikarz muzyczny, kompozytor, autor tekstów, producent, podróżnik i fotograf.
Syn legendy Polskiego Radia – Lucjana Kydryńskiego i piosenkarki Haliny Kunickiej. Od 24 lat prowadzi autorskie programy w radiowej „Trójce”, w tym popularną, niedzielną „Sjestę”, z którą związane są produkowane przez niego płyty, a ostatnio także festiwal muzyczny w Gdańsku.
Współautor wielu piosenek i producent płyt swojej żony – Anny Marii Jopek, której często towarzyszy także jako gitarzysta. Podróżnik, szczególnie rozkochany w Afryce. Odwiedza ją regularnie od ponad dwudziestu lat. Fotografowania uczył się od Tomasza Tomaszewskiego. Jest pierwszym polskim reporterem, który opublikował reportaż z własną okładką w międzynarodowej edycji National Geographic. Jego najnowszy projekt to książka „Lizbona. Muzyka moich ulic”. Ojciec Franciszka i Stanisława.


Wywiad ilustrowany zdjęciami Marcina Kydryńskiego