facebook

02 baner polska gora czyste

O Tańcu z Gwiazdami, upływie czasu, tajskim boksie i sztuce kochania - rozmowa z Ewą Kasprzyk.

~Maria 60: Do wszystkich młodych i pięknych! Dzisiaj gardzicie ludźmi starszymi od Was, ale i wy wkrótce będziecie mieć 60 lat i zobaczymy co wtedy będziecie mówić. Udział Ewy Kasprzyk w Tańcu z Gwiazdami jest jej kolejną kreacją aktorską, a jeśli ktoś tego nie rozumie, to powinien siedzieć cicho, a nie wylewać swój jad na forum... A tak na marginesie, mam 60 lat, wyglądam lepiej niż niejedna z was, nie wstydzę się swojego wieku i nie zamierzam zaszyć się w kościelnej kruchcie i przerzucać paciorki różańca. Z całym szacunkiem... Maria.

ewa kasprzyk correctaCzy decydując się na udział w telewizyjnym show, liczyła Pani na takie wpisy na internetowych forach?

Kiedy dostałam tę propozycję, poszłam na próbny trening i muszę powiedzieć, że byłam zachwycona. Spodobało mi się to, że nauczę się czegoś nowego, bo grać na scenie to już chyba trochę umiem, a tańczyć nie. Choć jest to morderczy wysiłek, dużo potu, nerwów – cały tydzień ćwiczeń i audycje na żywo.

Oczywiście media skrzętnie mi wypominają, że jestem najstarszą uczestniczką. Ale ja tego nie czuję, nie zgadzam się na klasyfikację według numeru pesel. Ważne jest, żeby pokazać, że można coś zrobić, sprowokować zmianę myślenia o tym, co nam, kobietom dorosłym, przystoi. Może dla kogoś będzie to inspiracją do zmiany myślenia o sobie? Do przełamania stereotypu – jak kobieta skończyła pięćdziesiątkę, to powinna zacząć się czołgać w kierunku cmentarza. Gratuluję Pani Marii, bo ja mam pięćdziesiąt osiem lat i, podobnie jak ona, wcale tak o sobie nie myślę.

Ale czas płynie i nic tego nie zmieni…

Mam świadomość, że czas płynie, codziennie pojawiają się młodzi, zdolni ludzie. W teatrze jest tak samo – przychodzą nowi aktorzy, którzy muszą się „ograć” w określonych rolach. Przed laty też byłam w takiej sytuacji i pewnie koleżanki postrzegały mnie jako zagrożenie. Ale ja już nie zagram dwudziestolatki. Mogła bym – kiedyś Anna Polony zagrała Ofelię w wieku sześćdziesięciu kilku lat, bo taka była koncepcja tej inscenizacji – tylko po co? Nie chcę być szufladkowana przez pryzmat wieku, ale też nie udaję, że jest on inny. Czasem, dzięki temu, jaka jestem – ćwiczę, dbam o siebie, staram się jasno patrzeć na świat – okazuje się, że potrafię coś zrobić, co ludzi zaskakuje i pytają: ile ty masz lat? I gdy usłyszą, nie wierzą.

To nie czuje się Pani dziwnie wśród rówieśników?

A wie pan, rzeczywiście – lubię pracować, utrzymywać relacje z młodszymi. Wielu moich rówieśników strasznie skostniało, czasem muszę aż wziąć oddech, żeby nie skomentować ich poglądów, podejścia do życia. Są w moim wieku, a dzieli nas niemal wszystko. Dla nich to już przegrana, koniec... Bo są po 50-tce! Oczywiście myślę o ludziach, którzy mają na podstawowe życie, są jako tako zdrowi. Widocznie tak sobie to swoje życie wypracowali, wyobrazili… Mam koleżankę, która krzyczy, jak ja idę do wody pływać, że coś mi się stanie, że się utopię…

Ja bym chciała, żeby ktoś mnie jeszcze zadziwił, pokazał nową drogę, postawił jakieś wyzwania. Stąd pewnie i ten Taniec z Gwiazdami.

Słyszałam kiedyś rozmowę z Ireną Santor. Nagrywała piosenki na płytę i chciała mieć piosenkę o starości. Napisał jej Wojtek Młynarski i tam jest taka myśl: starość to wybór, sam wybierasz. Oczywiście dopóki jesteś ogólnie sprawny, zdrowy…

Kasprzyk wywiad 1A nie przeszkadza Pani to napięcie w Tańcu z Gwiazdami, poddawanie się osądowi, rywalizacja, eliminowanie uczestników?

Oczywiście, że biorę to pod uwagę, ale to jest praca. I teraz o tym nie myślę. Kręci mnie wszystko, co jest związane z przygotowaniem do każdego występu. Uprawiając zawód publiczny, trzeba liczyć się z krytyką, a dzisiaj jeszcze z bezlitosnymi mediami, hejterami w Internecie. Ale dlaczego mam sobie odbierać przyjemność tego, co jest tu i teraz? Jestem aktorką, więc pewnie potrafię to jakoś rozegrać. Ważne jest też, że nie robię tego tylko dla siebie, ale żeby pokazać, że można zmienić myślenie o nas, kobietach dorosłych. Bo taki show ma duży oddźwięk. Widzi pan Panią Marię – dla niej to jest inspiracja, okazja do powiedzenia czegoś o sobie. Helena Vondrackova jest dużo starsza ode mnie, a tańczy do dzisiaj. Tina Turner, dobrze po 70., a ciągle śpiewa, występuje. Skoro o tym rozmawiamy, pojawiają się wpisy na forach, to znaczy, że udało się przełamać pewien stereotyp.

Więc nie zgadza się Pani z tezą, że należy starzeć się z godnością, nie zwracając uwagi na objawy upływającego czasu?

W jednym z moich monodramów tak mówię, ale pod warunkiem, że czujemy się z tym dobrze. Jeśli jednak coś nas uwiera, to trzeba walczyć o siebie. O lepszy wygląd, więcej energii, lepsze samopoczucie.

Dość łatwo jednak przekroczyć barierę śmieszności, skupić się na tej przysłowiowej „jednej zmarszczce”, z którą bezustannie walczymy.

Trzeba mieć świadomość, że mimo tylu nowych możliwości, choćby w medycynie estetycznej, jest to walka, której i tak nie wygramy. Takie myślenie pozwala zachować rozsądek. Uważam jednak, że lepiej podjąć wyzwanie, opóźniać upływ czasu. Bo daje nam to inny komfort życia.

Specjaliści twierdzą, że wszystko mamy w głowie…

Podstawowa sprawa, to nie myśleć o sobie „jestem stary, to już koniec”. Wstrząsnął mną niedawno wywiad z Kazimierzem Kutzem, który wprost mówi, że ma poczucie końca, że ostrzą już na niego noże… Za to inspirującym przykładem jest Dziarski Dziadek, pan Antoni Huczyński, 92-latek, autor poradnika aktywnego życia i bohater Internetu, który wziął się za siebie dopiero na starość, bo wcześniej nie miał na to czasu.

Czyli nigdy nie jest za późno, by zacząć dbać o siebie?

Na nic nie jest za późno! W młodości trenowałam wyczynowo pływanie. Później, kiedy przestałam pływać, miałam ogromne problemy z nadwagą. Ale wtedy mi to nie przeszkadzało, byłam skupiona na innych sprawach. I nagle przyszedł moment, że powiedziałem sobie: dość! Trzeba się za siebie zabrać.

Jeśli coś nam bardzo przeszkadza w wyglądzie, cierpimy z tego powodu, to warto zrobić wszystko, by sobie pomóc. W końcu jesteśmy tylko ludźmi, mamy swoje słabości.

W 2013 roku ukazała się Pani książka „MIŁ.OŚĆ”, którą promowała dość odważna sesja zdjęciowa w Toskanii. Powiedziała Pani wtedy: Jestem już w takim wieku, że godzę się ze swoim wyglądem, lubię swoje ciało. Może dlatego ludzie też lubią mnie…

Wie pan, to kwestia dojrzałości. Bardzo podoba mi się, jak Ula Dudziak mówi o sobie, że jest młodą kobietą z dużym stażem. Też lubię tak o sobie myśleć… Doświadczenie daje nam wolność myślenia, akceptacji siebie.

Jak dochodzi się do takiej mądrości?

Może spowodowały to moje wyjazdy na Wschód, do Azji. Tam widać, że ludzie kochają siebie i innych. A ja świetnie się tam czuję. Odpoczywam, jestem blisko natury, doskonalę swoje umiejętności związane z boksem tajskim, który trenuję od kilku lat. Poprawiam formę, wytrzymałość, gubię kilogramy. Te doświadczenia w którymś momencie pozwoliły mi powiedzieć – tak, bardzo lubię siebie taką, jaka jestem teraz. Myślę, że dzięki temu jestem przyjaźniejsza wobec innych, nie przenoszę na nich swoich frustracji, kompleksów.

Za to bardzo wyraźnie czuję, gdy ktoś ma problem, ale próbuje nim obarczyć mnie. Byłam kiedyś na warsztatach ho-o-pono-pono. To prastara hawajska tradycja pojednania i wybaczania. Nauczyłam się, by nie odpłacać agresją, nie zazdrościć, nie rozpamiętywać krzywd. Odciąć to, co jest złe i iść dalej.

Chyba nie jest łatwo to w sobie wypracować…

My się z tym nie rodzimy, trzeba się tego nauczyć, ale to niesamowicie ułatwia życie. Dojrzewamy do akceptacji siebie na różnych etapach. Szukamy też nowej przestrzeni. Dlaczego? Bo coś nas gniecie, coś jest złe, więc szukamy sposobu na nowe otwarcie.

fot22Pani znalazła właśnie boks tajski.

To rzeczywiście wielu szokuje, bo normalnie, „w moim wieku”, to byłaby jakaś joga, może tai-chi, a tutaj dość brutalny sport.

Pierwszy raz pojechałam na obóz treningowy do Tajlandii trzy lata temu, mając tylko podstawowe umiejętności. Namówił mnie mój polski trener. Nie żeby się bić, ale żeby ćwiczyć, uczyć się, zrozumieć. Pierwsze dni były straszne, dwa razy dziennie po kilka godzin katowania, czułam każdą komórkę swego ciała. Ale wyobraża pan sobie co było potem? Jaką to daje moc? Ta radość, że ma się sprawne stawy, mięśnie, że daje się radę! Poczucie zręczności, szybkości, no i tego, że można przyłożyć w razie potrzeby (śmiech), rozładować złą energię, która się nagromadziła.

Jeździ Pani do Tajlandii regularnie…

Przed Tańcem z Gwiazdami byłam po raz kolejny. Po co? By wyzwolić w sobie energię, wolę walki, by poznać swoje słabe strony, wzmocnić określone partie ciała i całego ducha, by poznać ludzi, którzy mogą być dla mnie inspiracją.

W ogóle myślę, że Tajlandia, energia żyjących tam ludzi, jest zbieżna z moją energią, filozofią życia. Dobrze czuję się w tamtej kulturze, w tamtych okolicznościach przyrody. Jeśli chce się żyć pełną piersią, trzeba mieć skąd czerpać natchnienie i siłę do codziennej walki.

Ma Pani w dorobku wielkie teatralne role dramatyczne, ale i komediowe. A współczesne, to często role kobiet po przejściach, mocnych, ale uwikłanych. Lubi Pani grać zgodnie ze swoim charakterem czy „pod prąd”?

Bardzo trudno jest mi wejść w role, które są dalekie od mojego temperamentu – takich kobiet wycofanych, gnębionych, zależnych. Ale największy problem miałam z zagraniem Marilyn Monroe. Materiał był świetny – monodram, w którym ona, w formie spowiedzi przed papieżem Janem XXIII, podsumowuje swoje życie. Trudno było mi uchwycić jej styl, bo zupełnie inaczej zachowywała się na ekranie, a inna była w życiu prywatnym. Pamiętamy ją jako słodką kokietkę, ale na co dzień była zupełnie inna. I jak to zagrać, jaki obraz wykreować? Dla mnie to było piekło.

Zagrałam to kilkadziesiąt razy i zamieniłam na monodram „Patty Diphusa” Pedro Almodovara, o gwieździe porno, która jest mocną, biorącą się za bary z życiem, kobietą…

Teraz kończę przygotowywać tekst o Michalinie Wisłockiej, kobiecie, która przeorała naszą seksualność. Kojarzymy ją jako panią od „Sztuki kochania”, znającą odpowiedzi na wszystkie życiowe, intymne pytania. A tymczasem jej życie było tak poskręcane, że jak zaczęłam nad tym pracować, nie mogłam wręcz uwierzyć… Mam nadzieję, że uda się to pokazać w maju.

Nie boi się Pani oceny przez pryzmat tych wszystkich „poskręcanych” postaci?

Myślę, że my, aktorzy zawsze mamy ten problem – publiczność identyfikuje nas z pewnym stylem, ocenia i komentuje, jak bohaterów, których gramy. I zapomina, że mamy też swój świat prywatny, że możemy być zupełnie inni.

Lubię grać role pełnokrwiste, gdzie jest smutek i śmiech, romantyzm i odrobina pikanterii. Bo chyba takie właśnie jest życie… 

------------------------

Ewa Kasprzyk

Absolwentka PWST w Krakowie, przez wiele lat związana z Teatrem Wybrzeże, obecnie aktorka warszawskiego Teatru Kwadrat. Znana z wielu filmowych („Kogel-mogel”) i teatralnych („Berek, czyli upiór w moherze”) ról komediowych, a także monodramów, w których kreuje mocne kobiety po przejściach. Wraz z Janem Klimentem uczestniczy w trzeciej edycji Tańca z Gwiazdami w Polsacie.