Facebook open

Rozmowa z doktorem Markiem Szczytem. O sekretach chirurgii plastycznej. O sekretach chirurgii... plastycznej i estetycznej.

Ma Pan jakiś ulubiony zabieg?

Nie lubię monotonii. Dlatego staram się zmieniać wyzwania – raz robić lift, raz nos, a raz piersi. Ale najwięcej satysfakcji dają mi zabiegi likwidujące wady wrodzone, skutki wypadków, czy ciężkich chorób. W programie „Sekrety chirurgii” pojawia się dziewczynka, która urodziła się bez ucha. My jej to brakujące ucho odtwarzamy. To skomplikowany zabieg, ale dający ogromną satysfakcję.

Więc dlatego jako lekarz specjalizował się Pan w chirurgii rekonstrukcyjnej? Żeby poprawić błędy Pana Boga?
Nie jestem cudotwórcą. Z żebra potrafię jedynie ucho dotworzyć. Jestem lekarzem, który akurat w taki sposób umie pomagać ludziom.

Ale plastyka rekonstrukcyjna to pańska pasja?
Początkowo, jak to w życiu, decydował przypadek. Chciałem zostać ginekologiem, albo chirurgiem. Pod koniec studiów na Akademii Medycznej w Białymstoku jeden z asystentów opowiedział mi o niesamowitych zabiegach, jakie wykonują w najstarszym polskim szpitalu chirurgii plastycznej w Polanicy-Zdroju. Postanowiłem spróbować. Przez siedem lat odtwarzałem różne części ciała, rekonstruowałem czaszki, robiłem policzki po nowotworze. Miałem zaszczyt operować z prof. Kazimierzem Kobusem, cenionym na świecie chirurgiem plastycznym. Napatrzyłem się na wiele ludzkiego cierpienia. W ramach organizacji „Lekarze bez granic” operowałem też w Afryce. Bardzo trudne przypadki, kobiety, dzieci, potwornie zniekształcone… Zabiegi wykonywane w ekstremalnych warunkach. Te doświadczenia pozwoliły mi podejść do zawodu z większą pokorą.

dr Marek Szczyt
A teraz zajmuje się Pan głównie leczeniem ludzkich kompleksów…
Czułem instynktownie, że chirurgia to moje powołanie, że spełniam się zawodowo. Wdzięczność pacjentów, którym pomogłem odmienić życie, to rzecz bezcenna. Ludzie dziękowali ze łzami w oczach. Dla takich chwil warto żyć. Ale chciałem zgłębiać inne obszary. Pod koniec lat 80. zacząłem interesować się chirurgią estetyczną. Wtedy niewiele osób miało o tym pojęcie. Zresztą, do dzisiaj nie mamy podręcznika chirurgii plastycznej po polsku. Wszystkiego uczyliśmy się sami, głównie za granicą.
Zaczęli pojawiać się pacjenci z wyglądu całkiem normalni, którzy mieli problem z akceptacją jakiegoś swojego „defektu”. Ma pan rację, że to głównie sprawa psychiki, ale jakże ważna dla tego człowieka.

Zawsze jest Pan zadowolony z efektu?
Czasami nie śpię w nocy, analizuję zabieg. Czy dobrą metodę dobrałem do danego przypadku? Czy można było zrobić lepiej? Jaki będzie efekt końcowy? Czy pacjent go zaakceptuje? To nie są częste sytuacje, ale każdy lekarz miewa czasem tego typu dylematy.

A jeśli pacjent nie jest zadowolony?
Zasada jest taka, że przed zabiegiem pacjent musi jak najwięcej wiedzieć o jego przebiegu, możliwych powikłaniach, efektach. Nie robię wizualizacji pozabiegowej, bo to nie modelowanie manekina, tylko praca z człowiekiem. Omawiamy oczekiwania i możliwe skutki. Może się też zdarzyć, że dojdzie do powikłań. Każdy by chciał, żeby wszystko poszło gładko, bez zbędnego bólu, ale to żywy organizm, tkanki… Jeżeli niezbędna jest operacja korygująca, to jasne, że pacjent nie jest szczęśliwy i czasami to demonstruje. Ja też nie jestem wtedy zadowolony, ale robię wszystko, zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą, by takie ryzyko minimalizować.

Metody poprawiania urody ciągle się zmieniają, zależą od nowych technologii i mody. W którym miejscu przebiega dzisiaj granica między medycyną estetyczną, a chirurgią plastyczną?
Faktycznie w wielu przypadkach granica ta staje się płynna. Generalnie chirurg pracuje nożem i wszystko to, czego nie da się poprawić innymi metodami niż skalpel należy do chirurgii. Ale jest coraz więcej technik małoinwazyjnych, które pozwalają osiągnąć efekty podobne do tych, które kiedyś dawał tylko zabieg chirurgiczny.
To rozmycie powoduje, że czasem rozpływa się też odpowiedzialność, ale zabiegami chirurgicznymi powinien zajmować się tylko chirurg, a nie lekarz dermatolog, czy specjalista medycyny estetycznej.

Weźmy przykład garbatego nosa. Jeśli chcę to poprawić i wystarczy ostrzyknięcie kwasem hialuronowym, to zrobi to Pan, chirurg, czy odeśle mnie Pan do koleżanki z medycyny estetycznej?
To kwestia, co chcemy osiągnąć. Jeśli minimalną poprawę wyglądu na kilka miesięcy – wystarczy kwas. Jeśli zmianę na całe życie – trzeba to zrobić zupełnie inną metodą, właśnie chirurgiczną. Krzywego, garbatego, za dużego nosa, nie da się poprawić zastrzykiem. No i metody medycyny estetycznej są odwracalne, skutkują na określony czas, bo wszelkie preparaty trwałe, które się pojawiały w tej dziedzinie zostały zdyskwalifikowane, jako szkodliwe. Tak więc radykalną zmianę możemy osiągnąć, jedynie stosując metody chirurgiczne.
Ale dzisiaj popularne staje się holistyczne podejście do zabiegów urodowych – łączy się techniki kosmetologiczne, medyczne i chirurgiczne…Utrzymanie dobrej kondycji skóry, a co za tym idzie – wyglądu, to wielowątkowy proces. I tu przydają się wszystkie skuteczne techniki i preparaty. Jeśli kosmetyczka pomoże siedemnastolatce wyleczyć trądzik i nauczy ją codziennej pielęgnacji skóry, później dermatolog, czy lekarz medycyny estetycznej będzie dbał o jej nawilżenie, jędrność, to jeśli kiedyś zajdzie potrzeba interwencji chirurgicznej, ja będę miał ułatwione zadanie. Moje pacjentki, które wcześniej dbały o skórę, dzisiaj lepiej się goją i chętnie wracają do kosmetyczki, by po zabiegu szybciej wrócić do normalnego stanu ukrwienia czy natlenowania skóry.
Dlatego bliska współpraca między lekarzem medycyny estetycznej, a chirurgiem jest bardzo pożądana z punktu widzenia pacjenta, który ma już poważne zmiany starzeniowe, czy jakiś trwały problem estetyczny.

Na ile pańska specjalizacja – chirurgia plastyczna, jest młodą, samodzielną dziedziną, a na ile bazuje na kanonie zabiegowym chirurgii ogólnej?
Chirurgia plastyczna wcale nie jest taka młoda. Ze źródeł wiemy, że zabiegi rekonstrukcyjne wykonywano już trzy tysiące lat temu. W Indiach robiono rekonstrukcje nosów po ich odcięciu za karę. Istnieją rysunki opisujące technikę chirurgiczną, którą stosujemy do dzisiaj – wycinamy płat skóry z czoła, obracamy go na dół, formujemy nos, a u góry zszywamy i skóra zarasta. Początkowo zajmowali się tym kapłani, potem cyrulicy. Z czasem jednak metoda ta została zapomniana.
W XV wieku pewien Włoch opracował inną metodę rekonstrukcji nosa i innych części ciała. Nacinał płat skóry na przedramieniu, dogipsowywał rękę do miejsca, które miało być odtworzone, a po trzech tygodniach skóra była już tak ukrwiona w nowym miejscu, że można było ją odciąć w starym i doszyć w nowym.

Czy jeszcze używa się tej metody?
Kilkanaście lat temu, jak pracowałem w szpitalu w Polanicy, robiliśmy takie rzeczy. Dzisiaj, w związku z rozwojem mikrochirurgii, nie ma potrzeby tak męczyć pacjenta i taką plastykę płatową stosuje się bardzo rzadko. Zresztą techniki chirurgiczne zostały odtworzone w minionych trzech stuleciach, bo na długie lata zabronił ich Kościół. A wie pan, że pierwszy lift, czyli zabieg odmładzający wygląd, został wykonany w XIX wieku w Paryżu i to prawdopodobnie u polskiej arystokratki?
Motorem napędzającym rozwój takich dziedzin jak chirurgia są wojny. Po I wojnie światowej nastąpił gwałtowny rozwój, bo było dużo osób rannych, uszkodzonych. Nauczyliśmy się wtedy pomagać ofiarom poparzeń, także chemicznych. A po drugiej wojnie – osobom po postrzałach, z ubytkami ciała.

Ale chirurgii estetycznej chyba raczej sprzyja pokój i dobrobyt?
Zdecydowanie! Wygląd nabiera znaczenia dla osób, które inne potrzeby mają już zaspokojone. W tej chwili chirurgia plastyczna przeżywa rozkwit u nas, bo na Zachodzie stało się to kilkadziesiąt lat wcześniej, kiedy uporano się z materialnymi i psychicznymi skutkami wojny.
A wracając do pańskiego pytania o źródła chirurgii estetycznej. Metody chirurgii plastycznej pochodzą z chirurgii rekonstrukcyjnej i taki system szkolenia jest moim zdaniem najlepszy. Chirurg ogólny traktuje skórę jako przeszkodę na drodze do naprawienia tkanek głębokich. Ja przez lata naprawiałem powłokę człowieka, często bardzo uszkodzoną. To wpływa na ogromną pieczołowitość, z jaką traktuję te elementy, które widać. Wiem, na co mogę sobie pozwolić i jak osiągnąć zamierzony efekt.

Jak wielu jest obecnie w Polsce chirurgów estetycznych?
Do niedawna na zjazdach chirurgów nie rozmawialiśmy o zabiegach estetycznych, ewentualnie tylko o rekonstrukcjach. Od kilku lat wykształca się ta specjalizacja, koledzy prezentują swoje dokonania, zaczynamy się specjalizować, wymieniać doświadczenia. Myślę, że na stałe chirurgią estetyczną zajmuje się obecnie około stu pięćdziesięciu lekarzy (w Niemczech ponad tysiąc!), ale to środowisko stale się powiększa.

Ma na to wpływ popularność takich programów jak „Sekrety chirurgii” i rosnąca ilość wykonywanych zabiegów?
Przełamanie tabu, otwarta rozmowa o ludzkich potrzebach i sposobach ich zaspokojenia, to jedno z najważniejszych osiągnięć tego programu.Moja popularność pewnie niektórych kłuje w oczy, choć bezpośrednio nigdy tego nie odczułem… Ale wielu kolegów w Polsce opowiada mi, jak wzrosło zainteresowanie możliwościami chirurgii estetycznej, jak pacjenci przychodzą, pytają. Zresztą to samo dotyczy lekarzy medycyny estetycznej, kosmetyczek – wszyscy mówią o wzroście zainteresowania tymi kwestiami. Po tym programie wielu ludzi odważyło się głośno powiedzieć o swoich problemach i o tym, że chcą z nimi coś zrobić. Świadomość pacjentów jest dużo większa i wszyscy to doceniają.

Chirurg pracuje ciężko fizycznie. Pan od lat pochyla się nad stołem, a tu kolejka pacjentów rośnie, podobno zapisy są już na dwa lata. Nie ciąży Panu popularność?
Na pewno dzisiaj jest mi trudniej niż kilka lat temu, kiedy też miałem co robić, ale jednak ciśnienie nie było tak duże. A jeszcze doszły obowiązki, że tak powiem „medialne”, bo nie wypada mi nie odpowiadać na pewne inicjatywy (choćby wywiady! – śmiech), zaproszenia. Z drugiej strony jednak tworzymy tutaj wspaniały zespół, którego kiedyś nie miałem. Uzyskałem ogromne wsparcie ze strony współpracowników – lekarzy i osób zajmujących się sprawami organizacyjnymi, administracją. To uwolniło część energii, którą kiedyś na to przeznaczałem. Więc mogę skupić się na pacjentach, na operowaniu.

Nie czuje Pan jeszcze wypalenia zawodowego?
Tym co robię zawodowo, na pewno nie. Na co dzień ciężko pracuję. Tygodniowo mam po 20 operacji i to wyczerpuje fizycznie i psychicznie. Więc czasem w piątek mam dość. Ale w poniedziałek przychodzę do kliniki z ochotą. Także nie czuję się wypalony. A spełniony tak!