facebook

„Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale w nocy widzi się w Afryce dalej niż w innych miejscach. A gwiazdy świecą tu jaśniej” - mówiła zakochana w Kenii Karen Blixen. Ten kraj ma to wszystko, co większość świata dawno straciła. Wolność, dziką przyrodę i uśmiechniętych, szczęśliwych ludzi.

Tekst: Elżbieta  Pawłowska

Kenia wygląda jak obraz raju, namalowany przez małe dziecko – zauważyła Karen Blixen w „Pożegnaniu z Afryką”. Trochę się jednak w ostatnich latach zmieniło. Ulice Nairobi są pełne ludzi. Tam, gdzie niedawno była dziewicza sawanna wyrosły szklane wieżowce, nowoczesne hotele, uniwersytet i dzielnica „upper class” pośród tropikalnych ogrodów. Na drugim końcu skali społecznej pozostają dzielnice Afrykanów, gdzie życie toczy się w szopach skleconych z kartonów. „Jambo!” – radośnie witają cudzoziemców umorusane dzieciaki, licząc na łakocie i drobne upominki. „Jambo!” – machamy im ręką. Im bliżej centrum, tym ruch się nasila. Autobusy wyprzedzają ciężarówki, ale najszybsze są „matatu” - zbiorcze taksówki, dające o sobie znać przeraźliwym rykiem klaksonów.

Karen Blixen nie znała takiego miasta. „Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong” – napisała w swojej autobiograficznej książce. To zdanie brzmi mi w uszach, kiedy długą alejką zbliżamy się do jej domu położonego na obrzeżach Nairobi. W ogrodzie ławeczka, na której Karen ćmiła ulubione cygara, rozmyślając o nieudanych miłościach i swojej plantacji kawy. Dzisiaj Rodah Lange, szefowa działu edukacyjnego w Muzeum Karen Blixen, też tu przychodzi. Siada i zastanawia się nad fenomenem ekscentrycznej Dunki uwielbiającej nosić spodnie. „Karen dawała kobietom nadzieję, zatrudniając je na swojej plantacji, uczyła higieny, dbania o dzieci, jednocześnie nie rezygnując z barwnego życia” - mówi Rodah. Pokochała Afrykę całym sercem, choć nie zawsze było to odwzajemnione uczucie.

Współcześni hunterzy przyjeżdżający do Kenii zapewne nie wiedzą, że pomysłodawcą polowań na dzikiego zwierza z aparatem fotograficznym był ukochany Karen – Denis Finch Hatton, zawodowy myśliwy i pionier foto safari. Dzięki niemu ekscytujące doznania stały się udziałem nie tylko myśliwych i nie wymagały zabijania zwierząt, a po wprowadzeniu w Kenii całkowitego zakazu polowań w 1977 r. stały się jedyną formą łowów na dzikiego zwierza.

Safari

W łóżku ze słoniem

Opuszczamy Nairobi z nadzieją, że uda się nam upolować Wielką Piątkę: lwa, lamparta, słonia, bawołu i nosorożca. To marzenie każdego huntera. Już siedem kilometrów za miastem, w najmniejszym kenijskim rezerwacie, można zobaczyć stada bawołów, gnu, zebr, żyraf i antylop. Przy odrobinie szczęścia nietrudno spotkać nosorożca. Do kolekcji brakuje tylko lwów i słoni.

Nasze ambicje sięgają jednak dalej. Podskakując na nierównej, asfaltowej drodze kierujemy się do Parku Narodowego Samburu. Po całodziennej podróży i pokonaniu 700 km docieramy na miejsce. Wygodny obóz dla myśliwych „Elefant Bedroom”, okazuje się niewielkim przedsięwzięciem rodzinnym prowadzonym z ogromną dbałością o gości. Na „dzień dobry” dowiadujemy się, że pobyt na terenie obozowiska odbywa się na własne ryzyko i zabronione jest wychodzenie nocą z domków. Jesteśmy w buszu, gdzie dzikie zwierzęta żyją na wolności. Pod domki podchodzą czasem słonie, szukające smakołyków na plamach, od świtu dokazują nieznośne koczkodany, a na brzegu rzeki, która jest od nas na wyciągniecie ręki, wylegują się dwa małe krokodyle. „Odradzamy kąpiel w ich towarzystwie!” – żartuje Dawid, szef kuchni, który odtąd będzie nas rozpieszczał wyrafinowanymi daniami swojej kuchni.

W naszych domkach, ustawionych na palach, jest wszystko, co potrzebne do życia na safari. Wygodne, czyste łóżka, dobra wentylacja, prysznice z ciepłą wodą, nawet własny basen na tarasie. W karcie usług dodatkowych: masaże całego ciała, ćwiczenia rozluźniające mięśnie, medytacje przy blasku księżyca!

Na tropach Afryki

O świcie dostajemy krótką instrukcję, jak zachować się na safari. Pojedynczy bawół nie jest groźny, lecz w stadzie staje się agresywny, lepiej więc trzymać rozsądną odległość. Słonie w Kenii są mniejsze niż w innych częściach Afryki i dość płochliwe, ale gdy w stadzie znajdują się małe, potrafią być agresywne. Lwy żyją w małych stadach i lepiej oglądać je z daleka. „Nie wolno wychodzić z jeepów i fotografować zwierząt z bliska, bo może to być ostatnie zdjęcie w życiu” – dodaje Josef, kierowca naszego pojazdu i świetny tropiciel zwierząt. Po takiej przedmowie hunterów nieco opuszcza odwaga. Do najbliższego sklepu jest 150 km, do Nairobi 260!

Ruszamy, podskakując na nierównej drodze. Joseph ogarnia wzrokiem sawannę. Nagle rozpędza pojazd i gna na złamanie karku. Wśród wysokich traw Parku Narodowego Samburu przemyka lampart. Nasz kierowca zna zwyczaje i żerowiska zwierząt i umie je podejść. Wkoło pusto, a on wypatrzył cztery małe lwiątka. Chwilę później dopadł ogromne stado słoni. Stały jak wryte, wyraźnie zaniepokojone naszą wizytą. Wielkie i majestatyczne. Nagle ukazał się byk, czarny jak smoła. Jego olbrzymie, ciemne rogi sterczące wysoko w górę nie budziły sympatii. A jednak żal byłoby zabić, jak to było w zwyczaju dawnych hunterów.

– Teraz simba – obiecuje Josef, obserwując nasze reakcje. Simba to najważniejsze zwierzę, sam król. Kiedy Masaj chce pojąć dziewczynę za żonę, najpierw musi wybrać się do buszu i upolować lwa. Pokazać całej wiosce, że jest prawdziwym mężczyzną. W takich rezerwatach jak Samburu czy Masai Mara zwierzęta są pod ochroną, więc tradycja powoli zamiera. Josef pokazuje, jak zabić lwa. Klęka na jednej nodze i robi szybki zamach długą, ostrą dzidą.

Jest trochę chłodno. Czerwona łuna rozciąga się nad Afryką, a my pędzimy na spotkanie z simbą. Jest! Zajęty toaletą wcale nie zwraca na nas uwagi. Nie zrażeni przeczesujemy sawannę. Na naszych oczach lwy dopadają gazelę, która odłączyła się od stada. W kilka sekund rozszarpują zwierzę. W pobliżu hieny i sępy cierpliwie czekają na resztki. Wkrótce z dużej gazeli zostaną tylko kości. To także Afryka.

Z wizytą u Masajów

Po udanym safari miło wraca się do obozu. W „Sarova Lion Hill” – punkcie wypadowym na jezioro Nakuru, gdzie bytują tysiące flamingów – czeka na nas pyszna kolacja i gorące termofory w łóżkach! Z kolei w „Chui lodge” przyjemne ciepło dają rozpalone kominki w pokojach. Wszędzie afrykańskie rzeźby, hebanowe meble ręcznej roboty, w wazonach świeżo ścięte róże. W łazience najprawdziwsze jacuzzi obsypane płatkami kwiatów. Tylko odgłosy zwierząt dochodzące zewsząd nocą przypominają, że to busz. Obsługa twierdzi, że gdzieś krąży mały lew. Nasłuchujemy, każdy trzask gałązki przyspiesza bicie serca.

Przed nami wizyta w wiosce Masajów. Dojeżdżamy tam w południe. Wódz przepasany czerwoną chustą, w peruce koloru buraka wita nas z uśmiechem. Najpierw show Masajów, którzy z lekkością pantery skaczą wysoko ponad ziemię. Potem występ śpiewających kobiet. W słońcu błyszczą ich wygolone głowy i ozdoby w wielkich dziurach zrobionych w uszach. Jak mówi wódz, plemiona Masajów i Samburu są ze sobą spokrewnione. Mimo podobnych tradycji, nietrudno je od siebie odróżnić. Samburu stroją się bardziej wymyślnie od Masajów. Mężczyźni zdobią głowy strusimi piórami oraz sztucznymi kwiatami. Kobiety noszą bajecznie kolorowe naszyjniki utkane z maleńkich koralików.

Zaglądamy do masajskiej chaty. Ciemna izba z maleńkim oknem, gdzie za posłanie służą skóry zwierząt robi wrażenie. Na podwórku nikt nie sprząta krowich odchodów. Bo krowa, jak mówi Masaj, to święte zwierzę i jedyna żywicielka. Jej krew zmieszana z mlekiem dodaje siły. Kiedy mężczyźni polują, pasą krowy lub owce, kobiety bawią dzieci. Masajka wychodząc za mąż, zawsze prosi o „eukiszon”, łaskę posiadania potomstwa. Teść udziela jej błogosławieństwa: „Niech gorączka cię omija, niech Bóg da ci krowy, obyś miała dzieci”.

O Masajach pięknie pisał Hemingway: „Był to najroślejszy i najdorodniejszy lud, jaki kiedykolwiek widziałem. Pierwsi naprawdę weseli ludzie, jakich spotkałem w Afryce. Kiedy się oddalaliśmy, zaczęli biec obok samochodu śmiejąc się i pokazując, z jaką łatwością potrafią biegać. A biegli nie byle jak, z szybkością konia wyścigowego, trzymając przy tym włócznie”. Kenia zachowała to wszystko, co większość świata straciła. Korzenie, poczucie nieskrępowanej wolności, dziką przyrodę, niezwykłe krajobrazy. Jeśli tam trafisz, zawsze już będziesz marzyć o powrocie.

Elephant-Bedroom

Ośrodki dla myśliwych

Elephant Bedroom Camp

Komfortowy obóz dla myśliwych pośród dorodnych palm, nad rzeką Ewaso Nyiro w Parku Narodowym Samburu. Na miejscu 12 wygodnych namiotów dla gości, w afrykańskim stylu rustykalnym. Łazienki z bieżącą, gorącą wodą, elektryczność, niewielki basen przed każdym domkiem.

www.atua-enkop.com

Sarova Lion Hill

Popularny ośrodek dla miłośników Afryki, skąd można obserwować lot flamingów do Jeziora Nakuru. Dla nowożeńców osobny apartament, dla biznesmenów sektor z Internetem i WiFI. Ponadto SPA i wellness, zabiegi upiększające i lecznicze, safari z obiadem w buszu, wędrówki z przewodnikiem.

www.sarovahotels.com

Tipilikwani Mara Camp

Znakomicie usytuowany obóz nad rzeką Talek, w rezerwacie Masai Mara, największym domu afrykańskich zwierząt. Za dnia można tropić Wielką Piątkę, wieczorem zaś zjeść kolację przy świecach pod gołym niebem. Na miejscu 20 namiotów, na życzenie masaże i wellness.

www.atua-enkop.com

Chui Lodge

Malowniczo położony w Dolinie Wielkiego Rowu Afrykańskiego. Ośrodek wybudowała mieszkająca w pobliskim pałacu Djinn rodzina Zwager. W budowie wykorzystano kamienie z buszu, drzewa akacjowe i oliwne. Sześć luksusowych chat dla gości wyposażono w wielkie łoża królewskie, ręcznie robione meble i kominki.