facebook

Kraj składający się głównie z wybrzeża to raj dla miłośników plaż, sportów wodnych oraz luksusowych, nadmorskich SPA.

Azjatycki tygrys

Wietnam to w połowie raczkujący azjatycki tygrys,w połowie skansen realnego socjalizmu. I choć nie ma wątpliwości, która połowa ostatecznie zwycięży, nikt nie wie, kiedy to nastąpi. Tylko wietnamskie hotele SPA, łączące azjatyckie tradycje z zachodnimi trendami, dawno już osiągnęły światowy poziom.

Tekst: Katarzyna Sołtyk

 

Wyobraźmy sobie kraj o powierzchni zbliżonej do Polski – 331 tys. km kw., z linią brzegową o długości 3451 km! Słowem – kraj składający się głównie z wybrzeża. To po prostu raj dla miłośników błogiego nicnierobienia na plażach, pasjonatów sportów wodnych oraz wielbicieli luksusowych, nadmorskich SPA. Wietnam to także raj dla amatorów prawdziwej egzotyki.

Wietnam najczęściej kojarzy się z wojną, dżunglą i „Czasem Apokalipsy”. To stereotypowe postrzeganie kraju przesłania jego wielowiekową historię, bogatą kulturę oraz bajeczną wprost scenerię. W ciągu ostatnich 10 lat spędziłam w Azji Południowo-Wschodniej łącznie około roku. Wydawało mi się, że już wiele widziałam i nie ma rzeczy, które mogłyby mnie zadziwić. Sądziłam, że Wietnam będzie jedynie kolejnym odcieniem znanych mi już azjatyckich barw. Tymczasem kraj Wujaszka Ho zaskoczył mnie wielokrotnie.
Kiedy wspominam Wietnam, nie potrafię objąć go myślami w całości. Jest zbyt wielki i różnorodny – rozciągnięty z północy na południe na długości 1600 km (autobusowa podróż z Hoszimin do Hanoi trwa 30 godzin), położony w kilku strefach klimatycznych i w zasięgu dwóch ustrojów: na północy stricte socjalistyczny, na południu z kapitalistycznym spadkiem po Republice Wietnamu. Więc kiedy myślę o Wietnamie, przed oczami stają mi tylko obrazy – pojedyncze sceny, które z różnych powodów wryły mi się głęboko w pamięć.Widzę rosłych Amerykanów z trudem przeciskających się wąskimi tunelami Cu Chi i filigranowego dziadka ze szpiczastą bródką zarabiającego pozowaniem do zdjęć w Świątyni Literatury w Hanoi. Widzę górzyste krajobrazy dalekiej północy oraz pływające wioski i pajęczynę kanałów w Delcie Mekongu. Przypomina mi się rzeka motorów przelewająca się przez ulice Sajgonu na południu i statki-smoki kołyszące się na wodach Zatoki Halong na północy. Barwny targ w Sa Pa, nie mniej kolorowa świątynia w Tay Ninh, centrum wyznawców kaodaizmu, oraz uśmiechnięta Mona Lisa podskakująca na motocyklowym bagażniku. Wszak Wietnam to światowe centrum hurtowego kopiowania obrazów.
fot. Denis Rozan/Shutterstock
Mona Lisa w Sajgonie
W sklepach-galeriach w Hoszimin wiszą Renoiry, Rembrandt’y, kopie Picassa i Dalego. Płótna religijne i abstrakcyjne, kubizm, surrealizm, impresjonizm. Czego dusza zapragnie. By mieć swoje wymarzone dzieło sztuki, wystarczy dać malarzom jego zdjęcie czy reprodukcję. Obok Mony Lisy i Słoneczników największym zainteresowaniem cieszą się Damy z Łasiczkami – w każdym rozmiarze. Oprócz dzieł sztuki turyści w Wietnamie zaopatrują się w kapelusze w kształcie stożka non bai tho lub non la. Kobiety kupują też tasaki (koniecznie na targu, nie w sklepie) i szyją na miarę eleganckie, tradycyjne kostiumy ao dai z jedwabiu (długa, rozcięta po bokach tunika i luźne spodnie).
Największe miasto, Hoszimin, wciąż nazywa się potocznie Sajgonem, choć w rzeczywistości to nazwa jedynie centralnej części – Dystryktu nr 1. Wędrując między kolonialnymi budynkami (relikt po epoce francuskiej), odniosłam wrażenie, jakby zebrano wszystkie motocykle i skutery z całego świata i puszczono je na ulice Sajgonu. Statystyki mówią, że na dwóch Wietnamczyków przypada jeden motor. Ale mi się wydawało, że jest zupełnie odwrotnie. Wszystkie sprawnie przeciskają się między świątyniami buddyjskimi, chińskimi, tajskimi i kaodajskimi, setkami straganów barykadujących jezdnię i chodniki, ulicznymi garkuchniami, hamakami z wylegującymi się rodzinami oraz turystami przeczekującymi największy skwar przy piwie Ba ba ba, czyli 3 3 3.

Przeżyć, jak to łatwo powiedzieć
Konsekwencją dużej ilości pojazdów dwukołowych i niewielkiej ilości asfaltu jest totalny chaos na drogach. Wzdłuż całego wybrzeża, z Hoszimin do Hanoi, wiedzie autostrada numer 1. Aby dotrzeć do największych kurortów - Nha Trang, Hoi An, Hue, czy Mui Ne - trzeba nią podróżować (no chyba, że wybierze się kolej – odradzam, lub samolot – polecam). Droga ta autostradą jest tylko z nazwy, bo ma po jednym pasie w każdą stronę, ale przynajmniej jest asfalt. Autobusy mkną po niej z prędkością 100 km/ godz., choć ich stan techniczny nie upoważnia nawet do 50-ciu.
A oto scena, której byłam świadkiem wielokrotnie. Kilka rowerów wyprzedza grupę pieszych, rowerzystów prześciga motor, a ich wszystkich razem wziętych – gigantyczna ciężarówka. A co na to kierowca naszego autokaru? Zwalnia? Czeka aż sytuacja na drodze ustabilizuje się? Wręcz przeciwnie – dociska gaz do dechy i stara się wyprzedzić ciężarówkę, która wcale nie zamierza dać za wygraną. Jadące z naprzeciwka rowery i skutery rozpierzchają się w dzikim popłochu. Wszyscy niewiarygodnie głośno trąbią, bo klakson zastępuje tu przecież kodeks drogowy. Taki widok może zmobilizować do różańca najbardziej zajadłego ateistę. Przeważnie jednak jakoś się udaje, choć do dziś nie rozumiem jakim cudem!

SPA i relaks na plaży
Po tak emocjonującej podróży nagrodą jest relaks na plaży w Nha Trang, wizyta w najbardziej klimatycznym, kolonialnym miasteczku Hoi An, czy zwiedzanie wietnamskiej wersji Zakazanego Miasta w Hue oraz ruin świątyń Czamów (konserwowane przez polskich naukowców) w My Son. Ja swoją oazę spokoju odnalazłam w miejscowości rzadziej odwiedzanej przez turystów – Mui Ne. Oprócz zacisznych guesthousów i hoteli (każdy z własną plażą) oraz malowniczej wioski rybackiej, trafiłam tu do wietnamskiego odpowiednika Słowińskiego Parku Narodowego, czyli na kawałek pustyni z wydmami i widokiem na morze.
Bezapelacyjnie największą perłą środkowego wybrzeża jest Hoi An. Od XVII wieku miasto było jednym z ważniejszych portów na Jedwabnym Szlaku, w każdym razie – najważniejszym na Morzu Południowochińskim. Jego nazwa Hoi An Pho obiecywała schronienie w „mieście bezpiecznego lądowania”. Zatrzymywali się w nim kupcy chińscy, japońscy, a w końcu i europejscy. Wzdłuż głównej ulicy stawiali budowle z najlepszego drewna, przenosząc do Hoi An skrawki swojego świata. W ten sposób powstały chińskie świątynie, japoński most, buddyjska pagoda i niezliczona ilości kolonialnych domów.
Współczesne Hoi An jest urokliwie obdrapane. W miasteczku stoi pomnik naszego rodaka, Kazimierza Kwiatkowskiego, na którego wdzięczni miejscowi mówią po prostu „Kazik”. Polski architekt i konserwator zabytków uchronił zabytkowy kompleks Hoi An przed likwidacją, przyczynił się do ponownego rozkwitu miasta oraz do wpisania go na listę UNESCO.
Największym wietnamskim kurortem jest Nha Trang. Tutaj sezon trwa dziesięć miesięcy w roku – poza listopadem i grudniem, kiedy jest pora deszczowa. Tutaj też znajdują się najpiękniejsze plaże i promenady, najwięcej baz nurkowych oraz najbardziej luksusowe hotele. Żeby zaznać odrobiny luksusu połączonego z relaksem (masaż, manicure, pedicure, czy jeden z licznych zabiegów na twarz i ciało) nie trzeba nawet wchodzić do gabinetów piękności i SPA. Wystarczy udać się na 6-kilometrową, szeroką i piaszczystą plażę, gdzie oferują wszystkie te usługi. Po zabiegu oraz kąpieli morskiej i słonecznej warto pójść  na lunch przy plaży – koniecznie z wyśmienitych ryb i owoców morza, które są lokalną specjalnością. Największą atrakcją Nha Trang są wycieczki łodziami na nurkowanie, snorkeling czy okoliczne wyspy.


Zatoka Smoków

Mimo tego, że Wietnam położony jest nad morzem i ma linię brzegową o długości 3451 km, aż trzy czwarte powierzchni kraju to góry. Miejscami schodzą one do samego morza lub wyrastają wprost z niego, choćby w zatoce Halong. 

images/stare/Eden_10_2012/Wietnam/1.jpg

Chiński poeta Xiao San powiedział: „Jeśli nie odwiedziłeś
owego morza. Ha long znaczy „tam gdzie smoki schodzą do morza”. Zgodnie z legendami zatoka powstała właśnie dzięki mitycznym stworom. Okoliczności lądowania smoków na tym skrawku ziemi przedstawiane są różnie. Jedna z legend mówi o całej smoczej rodzinie, która miała pomagać mieszkającej tu ludności w walce z piratami. Inna wspomina tylko o jednej skrzydlatej bestii, zamieszkującej okoliczne góry. Gdy smok przechadzał się wzdłuż brzegu, ogonem wyciskał głębokie doliny, gdy zaś szedł wykąpać się w morzu, woda wlewała się do zagłębień. I choć naukowcy wspominają coś o sedymentacji, transgresjach, wietrzeniu i krasie, miejscowi rybacy uparcie trzymają się smoczej wersji. Co więcej, twierdzą nawet, że ta „ognista potwora” wciąż zamieszkuje wody Halong (takie wietnamskie Loch Ness). Nieposkromiona przez policję wodną, turystyczną, ani nawet przez urząd imigracyjny. Dziś oprócz „wietnamskiej Nessi” zatokę przemierzają setki dżonek i statków, każdy z podobizną smoka na dziobie.   zatoki Halong, to nie byłeś jeszcze w Wietnamie”. Mówili mi, że cud natury, że zatyka dech w piersiach, że trudno to opisać. Oglądałam tysiące zdjęć, rycin i obrazów. Czytałam relacje podróżników, a nawet wiersze. Wszystko to nic w konfrontacji z rzeczywistością, nieziemskim krajobrazem utworzonym z trzech tysięcy skalnych turni strzelających ku niebu wprost ze szmaragd.

WARTO WIEDZIEĆ
Do Wietnamu nie ma bezpośrednich połączeń lotniczych. Trzeba lecieć przez Amsterdam, Paryż czy Frankfurt, można też przez Bangkok. Bilet kosztuje od 3 tys. zł, w promocjach nawet koło 2 tys. zł.
Polaków podróżujących po Wietnamie obowiązują wizy, które wydaje Konsulat znajdujący się w Warszawie przy ul. Resorowej 36 (tel. 651 60 98). Żaden z polskich operatorów nie ma podpisanej umowy roamingowej z Wietnamem, dlatego nie działają telefony komórkowe na abonament. Można używać telefon na kartę, po wykupieniu miejscowej karty. Miłośnicy wietnamskiej kuchni podczas pobytu mogą się zapisać na kurs gotowania. W Hoi An jeden dzień kursu połączony z lunchem kosztuje 25 USD.

www.vietnamadventures.com

www.wietnam.info

Polecamy też:

10 NAJLEPSZYCH SPA W WIETNAMIE