facebook

Magdalena Waligórska, znana jako Wioletka z "Rancza", prywatnie jest zupełnie inna niż bohaterka, którą gra. Czym się różnią?

Uwielbia sport, jest miłośniczką tańca sexy-dance oraz ashtanga jogi. Interesuje się ceramiką i lubi jeździć do SPA, choć zawsze łączy takie pobyty z aktywnościami sportowymi. Z Magdaleną Waligórską, aktorką znaną z najpopularniejszych polskich seriali, rozmawiał Mirosław Mikulski.


Magda Ranczo Wilkowyje Waligorska wywiad eden marzec 2014Lubisz jaskrawe kolory i na co dzień ubierasz się podobnie jak Wioletka z „Rancza”?
Na pewno nie! Prywatnie wyglądam zupełnie inaczej, bo lubię zmieniać się do roli i każda z moich postaci różni się ode mnie. A prywatnie ubieram się jak każda dziewczyna, chodzę w dżinsach i na płaskim obcasie. Unikam jaskrawych kolorów. Gdyby ktoś zajrzał do mojej szafy, to zauważyłby, że najwięcej jest tam ciuchów w kolorze szarym. Ale czasami lubię kolor różowy. Nie boję się go, lecz też staram się nie nadużywać. Najbardziej lubię róż, jako akcent, zakładam na przykład kolorową czapkę. Muszę przyznać, że to pod wpływem „Rancza” polubiłam kolor różowy! Przed rozpoczęciem zdjęć do serialu nie miałam w szafie niczego w tym kolorze. Ale kiedy zobaczyłam, że wyglądam w nim korzystnie, to powoli zaczęłam wprowadzać róż do swojej szafy (śmiech).

Podobno każda dziewczynka wcześniej czy później przechodzi przez etap różu…
Też tak słyszałam, ale ja byłam dziewczynką w latach PRL-u, kiedy w sklepach nie było takiego wyboru, jak teraz. Nie mogłam więc ubierać się w tym kolorze. Miałam śliczne sukieneczki w kolorze niebieskim, zielonym i żółtym. Ale żadnej różowej nie pamiętam.

Czy Twoja figura to wynik ćwiczeń, diety czy po prostu genów?
Myślę, że jest w tym trochę zasługi natury i mojej. Staram się ćwiczyć regularnie, bo po prostu lubię sport. Dzięki temu lepiej się czuję. Co roku staram się uczyć jakiegoś nowego sportu i otwierać na nowe formy aktywność. Tej zimy były to łyżwy, zaczęłam regularnie chodzić na lodowisko. To konsekwencja tego, że wcześniej przez dwa lata jeździłam na rolkach. Od września ubiegłego roku chodzę na zajęcia z tańca: sexy-dance i video-dance. Dają mi dużo poweru życiowego.

Sexy-dance to brzmi bardzo zachęcająco.Możesz nam zdradzić, czego się tam uczycie?
Nie jestem zbyt dobrym teoretykiem, żeby tłumaczyć, co to jest sexy-dance (śmiech). Ale spróbuję. To mieszanka różnych stylów. Są tam elementy hip-hopu i latino. Generalnie można powiedzieć, że jest to taniec teledyskowy, taki jaki oglądamy w wielu teledyskach, taniec który nie boi się uwalniać kobiecej seksualności. I nie jest grzeczny! (śmiech)

Można nim skusić mężczyznę?
Można, w czasie prywatnego pokazu na pewno.

Porozmawiajmy o sporcie. Pamiętam, kiedy rozmawialiśmy po raz pierwszy, to na nasze spotkanie przyjechałaś rowerem.
Tak, latem uwielbiam jeździć na rowerze. Poza tym dużo pływam, to mój ulubiony sport, obok jazdy konnej. Szkoda, że nie mam aż tyle czasu, żeby wszystko trenować. Dwa razy w tygodniu chodzę na taniec, a raz na łyżwy. To mi absolutnie wystarcza. A konno jeździłam już jako nastolatka, skakałam przez przeszkody i uczestniczyłam w obozach jeździeckich. Ale zawsze wiedziałam, że moim głównym celem jest aktorstwo. Kiedy wyjeżdżałam na obóz, to mama powtarzała mi – nie chcę ci prawić kazań, ale pamiętaj, że zawsze chciałaś być aktorką, a jak sobie złamiesz nogę i będziesz miała jakieś komplikacje np. z kręgosłupem, to ci się nie uda. Ta przestroga była dla mnie tak silna, że nigdy za bardzo nie szalałam. Teraz też jeżdżę rekreacyjnie. Kilka lat temu spędziłam fantastyczny weekend w jednej ze stadnin na białostocczyźnie. Jeździliśmy tam konno przez zaśnieżony las z pochodniami w ręku. To było naprawdę świetne przeżycie, zupełnie inne niż jazda w kółko na padoku. Tego się nie da porównać, ani opisać.

Słyszałem, że pasjonujesz się też jogą?
Też, choć teraz bardziej fascynuje mnie taniec. A jogą zainteresowałam się jeszcze na studiach. To było jakieś dziesięć lat temu. Zaczynałam od klasycznej jogi iyengara, a potem zainteresowałam się ashtangą, czyli jogą dużo bardziej aktywną i wysiłkową. Ashtanga to absolutne przeciwieństwo tego, co ludziom kojarzy się z jogą. Jest to medytacja, ale bardzo aktywna. Nie siedzenie i oddychanie, ale zajęcia, które wymagają bardzo dużo wysiłku. Wychodziłam z nich zlana potem od góry do dołu. Rzadko zdarzało mi się tak zmęczyć jakąś inną formą aktywności. Ashtanga jest kombinacją asan, które wykonuje się w odpowiednim rytmie, podporządkowanym rytmowi oddechu. Wszystko trzeba wykonywać w pewnym reżimie, od początku do końca. Sesji nie można przerywać, żeby na przykład napić się wody. Kiedy się ją wykonuje, wpada się w pewien rodzaj transu, słuchając wyłącznie swojego oddechu. Ashtanga wzmacnia to, co jest w człowieku słabe. Jeśli ktoś ma problem z rozciągnięciem się, to pomoże mu na rozciąganie, jeśli problemem jest brak wytrzymałości, to pomoże na wytrzymałość. A jeśli, jak w moim przypadku, problemem była siła mięśni, to wzmocniła mięśnie. Wiem, że brzmi to jak cudowna recepta, która pomaga na wszystko co jest najsłabsze, ale tak właśnie jest. Można wzmocnić wszystko, co w nas szwankuje.



Magdalena Waligórska w Ranczu

Zwracasz uwag na dietę?
Zwracam uwagę na to co jem i przede wszystkim nie jadam świństw! Nie jem chipsów, nie piję coca coli i nie żywię się w fast foodach. Choć czasami, gdy mam na to ochotę, to zjem wieśmacka (śmiech). Ale na pewno nie jest to podstawą mojej diety i zdarza mi się bardzo rzadko. Staram się też nie jeść za bardzo przetworzonej żywności np. kurczaków, które są napompowane hormonami. Za to piję dużo zielonej herbaty.

Czym się więc żywisz?
Uwielbiam wiejskie jaja! Nie zwariowałam i nie zrezygnowałam całkowicie z glutenu i nabiału, jak wiele moich koleżanek. Piję mleko i jem chleb, choć jem też dużo kasz i ryżu. Jem też bardzo dużo ryb. Wśród moich znajomych jestem osobą, która je ich najwięcej. Do tego dużo warzyw, owoców i soków. Bardzo lubię sama gotować, choć nie zawsze mam na to czas. Na studiach pracowałam jako kelnerka w restauracji i podpatrzyłam tam dużo ciekawych przepisów. Bardzo lubię kuchnię francuską, włoską i azjatycką.

Korzystasz ze SPA?
Tak, korzystam i dbam o siebie. To już chyba standard, że kobiety dbają o siebie, chodzą na masaże, oczyszczają skórę itp. Od niedawna zaczęłam współpracę z kliniką La Perla, która dba o mnie całościowo. Mają tam wszystkie możliwe zabiegi, więc kiedy przychodzę do nich z jakimś problemem, mogą mi pomóc kompleksowo, dostosowując rozwiązanie do mnie, a nie do tego, czym dysponują. Bardzo lubię masaż manualny, wtedy najlepiej się relaksuję. Bardzo cenię sobie też icoone, który jest zabiegiem wyszczuplającym, na cellulit i pozwala utrzymać skórę w dobrej kondycji, a także bańkę chińską. Na pewno ważne jest też regularne oczyszczanie twarzy, najbardziej lubię mikrodermabrazję. Uwielbiam masaże twarzy wykonywane na bazie naturalnych olejków. Muszę powiedzieć, że po takich zabiegach widzę ogromną różnicę w twarzy. Uważam, że wyjazdy do SPA są wspaniałe, choć nie wyobrażam sobie, żebym mogła się tam położyć na cały dzień i nic nie robić. Wolę to połączyć z jakąś aktywnością, np. pływaniem czy jazdą na nartach. To dla mnie ideał.

Słyszałem, że interesujesz się też ceramiką?
To prawda, zaczęło się już kilka lat temu. Dużo czytam na ten temat i kolekcjonuję. Mam na tym punkcie prawdziwego fioła. Gdzie nie pojadę, to zawsze coś przywiozę. Z Turcji przywiozłam lampę, a z Tajlandii wróciłam z przepięknym, ręcznie zdobionym zestawem do zielonej herbaty. Są na nim mikropłateczki złota i wygląda to po prostu obłędnie. Teraz lecę do Londynu i już wiem, że sklepy które mnie tam będą interesować to nie będą sklepy z ciuchami, tylko np. z lampami. Z każdej podróży przywożę coś ciekawego.

Wypalasz sama garnki?
Nie, ale może jak już będę na emeryturze i będę miała dużo czasu, to zapiszę się na zajęcia garncarskie. Będę wtedy lepić i wypalać. Teraz dużo czytam na temat ceramiki i porcelany. Odwiedzam też pchle targi. Dzięki temu nie mam problemu z rozróżnianiem wazy chińskiej od japońskiej, bo są to zupełnie inne style.

Gdzie w najbliższym czasie będziemy mogli Cię zobaczyć?
Oczywiście w „Ranczu”. Gram też w „Na dobre i na złe” i moja rola została tam ostatnio rozbudowana. Zagrałam dużo scen, w których objawił się mój serialowy mąż. Bardzo dziękuję scenarzystom za ten wątek, wreszcie mieliśmy co grać. Mam nadzieję, że widzowie polubią naszą historię i będą chcieli oglądać nas dłużej. Poza tym rozpoczynam pracę w teatrze, ale na razie nie chciałabym zdradzać szczegółów.                                                 

---------------------

Magdalena WaligórskaMagdalena Waligórska
Aktorka teatralna i filmowa. Skończyła PWST we Wrocławiu (2007), studiowała też wiedzę o teatrze w Akademii Teatralnej w Warszawie. Jeszcze przed rozpoczęciem studiów grała epizody w filmach i serialach, m.in. u Romana Polańskiego w „Pianiście” oraz w serialach „Klan”, „Na dobre i na złe”. Popularność zdobyła rolą barmanki Wioletki w serialu „Ranczo”. Dzisiaj możemy ją też oglądać w „Na dobre i na złe”.